2 komentarze

Dresscode w Dolinie Krzemowej.

Jestem w Dolinie Krzemowej ładnych parę miesięcy, odbyłem setki spotkań, byłem na kilkudziesięciu meetupach i jedyną osobą w garniturze, którą widziałem – byłem ja. Raz! Więcej go nie założyłem. Spotykałem się z inżynierami, specjalistami, handlowcami, prezesami, zarówno w startupach jak i w firmach robiących setki milionów dolarów obrotu. Nigdzie nie widziałem osób w garniturach. Tshirty, bluzy, jeansy i trampki – inżynierowie, specjaliści. Koszulki polo, jeansy, czasem chinosy, bardzo rzadko marynarka i koszula – sprzedaż, management. Najbardziej kulturalny strój widziałem u jednego z inwestorów (biznesowa marynarka), a największe zaskoczenie: prezes jednej z firm przyszedł spotkać się ze mną w dresach do biegania. Wszystko to na oficjalnych, umawianych wcześniej spotkaniach. Faktycznie w Dolinie panuje w tej kwestii dowolność i wygląda na to, że nikt się tym nie przejmuje. Powodów widzę co najmniej trzy:

1. Pogoda. Od marca do października jest powyżej 20 stopni praktycznie non-stop. Chodzenie w garniturze nie jest optymalne.

2. Dolina przylega do San Francisco, miasta w który rozpoczął się hipisowski ruch. I to czuć :).

3. Dolina to przede wszystkim branża technologiczna, która zawsze przywiązywała mniejszą wagę do stroju.

Ikony Sillicon Valley takie jak Zuckerberg czy wcześniej Jobs utrwalają przekonanie, że strój nie jest ważny. Choć akurat przy Jobsie to nie było tak zawsze. Gość pierwsze swoje wystąpienia dla akcjonariuszy prowadził we fraku i pod muchą :). Natomiast Zuckerberg nawet na spotkania z inwestorami chodził w bluzie. Obecnie strój ma codziennie taki sam co tłumaczy tym, że nie chce się każdego ranka zastanawiać co na siebie włożyć. Moim zdaniem to jest bardziej budowanie swojego wizerunku. Jak masz przygotowane 30 t-shirtów to też nie musisz się zastanawiać. Ale „nie chcę pamiętać” lepiej brzmi niż „wiecie panie i panowie, buduję swój wizerunek w ten sposób”.
Jeżeli chodzi o inżynierów to dla mnie rzecz jest jasna. W przypadku sprzedaży było to dla mnie zastanawiające. Ktoś mi powiedział, że chodzi o zaufanie. Tutaj rozmawia się głównie z inżynierami a dla nich osoba w garniturze nie do końca rodzi pozytywne emocje :). Coś w tym jest.
Dodam, że na ulicy również ludzie nie zwracają uwagi w czym chodzą. W godzinach porannych widziałem w sklepie osoby w pidżamach :). W galeriach handlowych również kompletny luz. Jedynie na koncertach widzieliśmy osoby, które faktycznie przygotowały się do wyjścia.

W Europie sytuacja jest inna i trzeba na strój uważać, zwłaszcza jak sprzedajesz w modelu B2B. Sam się o tym przekonałem. Poza pierwszymi latami mojej kariery gdzie chodzenie w garniturze to było niejako potwierdzenie dorosłości, nie przepadam za garniturami i w pewnym momencie praktycznie całkowicie je zarzuciłem. Nawet na negocjacje z bankami chodziłem ubrany casualowo. No i w końcu doczekałem się informacji od jednego z klientów, że pierwszy raz widzieli prezesa w trampkach. Biznes wyszedł, ale dało mi to do myślenia. Jak jesteś super mocny to możesz stracić jeden, dwa kontrakty i Ciebie to nie zaboli, ale jak walczysz o wzrost to taki kontrakt z bankiem jest w danym momencie kluczowy.
Teraz jestem tu w Dolinie i nie ukrywam, że czuję się dużo bardziej komfortowo ale jeżeli miałbym coś doradzić osobom Polsce to jednak polecam dostosowanie się do panujących reguł (przede wszystkim na rynku B2B), a zwłaszcza na początku prowadzenia biznesu. Musisz jeszcze udowodnić, że jesteś dobry, że masz dobry produkt czy usługę. A jak niechcący trafisz na kogoś ze starej szkoły to może Ci biznes nie wyjść. Jak osiągniesz już tzw. fuck-off level to będziesz mógł się ubierać w co chcesz i budować swój nowy wizerunek 🙂 by być jak Mark Zuckerberg!

2 komentarze

    1. Zasłyszane. Doskonale oddaje stan przedsiębiorców z Doliny, którzy właśnie mieli IPO lub sprzedali biznes. Jak duża firma wchodzi na giełdę to przez Dolinę przetacza się fala rozwodów :).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *